Rozedrgana prezenterka radiowa snuje opowieść o tym, jak Dido na swojej płycie rozprawiła się z nieudanym związkiem, nawiązując – przynajmniej taką ma nadzieję – do kawałków wschodzącej gwiazdy muzyki, Amy Winehouse. Dziewczyna z Londynu siedzi w studio, zblazowana, znudzona, robi miny, które wystarczają za tysiąc słów. Te miny mówią: – Kim jest, kurwa, Dido?
To nie ta bajka, nie ta liga. „Nie jestem piosenkarką, jestem wokalistką jazzową” – powie później, kiedy będzie jeszcze bardziej świadoma swoich wybitnych umiejętności.

Jeśli podobał Wam się „Sugar Man” to super, ale „Amy” to nie jest bajka z happy endem, wszyscy dobrze wiecie, jaki będzie koniec tej dziewczyny chorej na wszystkie choroby świata: bulimię, uzależnienie od miękkich i twardych narkotyków, alkoholu, od toksycznych związków. Była skazana na śmierć. Ale znakomity dokument o jednej z największych gwiazd muzyki ostatnich lat to fenomenalne studium psychiki człowieka, dla którego skłonność do destrukcji to chleb powszedni. To co jednak rzuciło mi się w oczy najbardziej: to film o stopniowym zabijaniu Amy przez ludzi i czynniki zewnętrzne. Publiczna śmierć wokalistki, tak samotnej w tłumie, wcale nie musiała się zdarzyć, gdyby nie kłębiące się wokół niej pasożyty. Demony przebrane za ludzi udających, że zależy im na szczęśliwym losie dziewczyny. Można sobie zadać pytanie: kto zabił Amy Winehouse? Jak w dobrym kryminale.

Reżyser filmu Asif Kapadia z jednej strony stoi z boku całej historii, ale jednocześnie stawia pewne tezy, moim zdaniem całkiem słuszne, pokazując w jednoznacznym świetle niektóre z osób, nie będąc obiektywnym, ale stając w obronie wokalistki, wskazując palcem – to przez ciebie, przez ciebie i przez ciebie.

Przez ojca, który nie zajmował się jak należy dorastającą córką, a kiedy mógł podjąć decyzję, która uratowałaby tańczącą na krawędzi Amy, zaniechał tego. Ważniejsza była trasa koncertowa. Bo tatuś, gdy już córka stała się sławna, wrócił, by pełnić honory ważnego człowieka.

Przez kochanka, patologicznego, ohydnego, rynsztokowego popaprańca, który nie miał nic do zaoferowania, poza zjazdem na krechę w dół, do przepaści, żerowaniem na sławie i kasie wybitnie uzdolnionej, pogubionej dziewczyny, szukającej miłości, jakiej nie zaznała w rodzinie. Szukającej zapychacza luki po niepełnionej miłości ze strony taty. Dziury, szczerze mówiąc, w tym przypadku nie do zasypania.

Przez Camden – przeklęte miejsce w Londynie, w którym o narkotyki łatwiej niż o cukier, kawę i wodę mineralną.

Przez paparazzich, którzy powinni mieć po jej śmierci senne koszmary co noc.

Przez brytyjskie społeczeństwo  – zepsute, łaknące sensacji, kochające upadających i powstających bohaterów z sąsiedztwa, takich jak Amy, takich jak Paul Gascoigne w świecie piłki. Kiedy nadszedł największy sukces piosenkarki (niech mi wybaczy ten banalny zwrot)? Gdy nagrała „Rehab” – kawałek o tym, że ma w dupie odwyk, bo przecież lepiej powiedzieć: „no, no, no”, ćpać i pić dalej. A jak wiadomo, przeciętny Anglik chleje na umór w każdy weekend, taka postawa musiała się więc spodobać. Piosenka – jeszcze bardziej, bo jest genialna.

Przez nich wszystkich Amy Winehouse nie żyje. I przez sławę, rzecz jasna. To ona zabiła ją ostatecznie. Zabiła na śmierć. Ochroniarz wokalistki tak wspomina jedną z ostatnich rozmów: – Ona powiedziała, że nie umie śpiewać. Umiesz, jasne, że umiesz. „Wiesz, gdybym tylko mogła, oddałabym to…” – odparła. Jedna osób wypowiadających się w filmie (z offu, subtelnie, jak wszystkie postaci, dobry zabieg), mówi, że nie ma żadnej szkoły, która przygotuje cię na taką sławę. To prawda – albo umiesz to udźwignąć, albo umierasz. „Gdybym była sławna, to chyba bym się zabiła” – mówi Amy, kiedy jej single nie są jeszcze na szczytach wszystkich list przebojów.

Amerykański wokalista jazzowy Tony Bennett, który podziwiał talent Amy Winehouse, był jej wielkim idolem, chyba jedyną osobą, która w całym filmie potrafiła ją speszyć całą swoją obecnością, chciałby bardzo, żeby żyła. Powiedziałby jej wtedy: „Zwolnij, jesteś zbyt ważna”. Nie chciała się zatrzymać. Wiedziała co ją zabija i połykała to pełnymi garściami. Zaczęła śpiewać, bo – jak sama twierdziła – nie miała czego słuchać. Sama pisała teksty, zawsze wywleczone z dna wątroby. Nie potrafiłaby zaśpiewać tych napisanych przez kogoś obcego. Co tam, nie umiała śpiewać nawet tych własnych, kiedy jej życie było już w zupełnie innym miejscu niż kiedyś, to właśnie doprowadziło do skandalu w Belgradzie, gdy olała ludzi, którzy przyszli na koncert.

Każdy ma własne piekło i dźwiga swoje krzyże. Nie każdy zostawia po sobie takie kawałki jak „Back to black”. Puśccie sobie, jeśli Was nie rusza, to znaczy, że jest z Wami coś nie tak. Szkoda, że Amy Winehouse musiała brać crack i heroinę, nie znajdując narkotyku w tym, co najlepsze. We własnej muzyce.

 

 

Jeśli jesteśmy równolatkami, to coś w czasoprzestrzeni musiało się zagiąć i zepsuć. Patrzę na fotografię Ismeta Prcicia, urodzonego w Tuzli, w roku 1977, w marcu. Twarz zmęczona życiem, siwe włosy upięte w kucyk. Mam wrażenie, że mógłby być moim ojcem. Wiem, dlaczego tak wygląda. To wojna.

Często zaczynam czytać kilka książek jednocześnie, to odzwierciedlenie mojej chaotycznej natury, w chaosie najlepiej się czuję i z niego rodzą się najlepsze dla mnie rzeczy. I choć „Odłamki” Prcicia zacząłem czytać kilkanaście tygodni temu i cholernie mnie wciągnęły, odłożyłem w połowie, po części z braku czasu, po części dlatego, że są książki trudne, które musisz przetrawić, kartka po kartce. Możesz połknąć jednym haustem kryminał Jo Nesbo, ale kiedy czytasz coś okropnego i ściskającego za serce, zdając sobie sprawę, że to wszystko jest prawdziwe, musisz się zatrzymać.

Wróciłem do lektury, jak zawsze, w czasie wolnym, ale nie w tym miejscu, co trzeba. Plaża, wokół pijani Anglicy i dziewczyny opalające się topless, a na kartkach wybuchają bomby, głowy nabijane są na pal, dzieci giną, świnie jedzą ludzkie zwłoki, strach i łzy, ucieczki i rozstania. Generalnie – jeden wielki dół.

Nigdy nie interesowałem się wojną na Bałkanach. W „Dzienniku Telewizyjnym” mówili, że na jakieś miasto spadła bomba, gdzieś tam samochód z żołnierzami wjechał na minę, ktoś podpalił wioskę, ale to wszystko było daleko, tak bardzo daleko, że w sumie nie zastanawiałem się gdzie. Przecież najważniejsze, że nie u nas.

Wojny nie da się wyleczyć, a odłamków, które raz wbiły się mocno w ciało nijak nie wyciągniesz. Psychoterapeuta, nawet najlepszy na świecie, może z tobą pogadać o emocjach, ale co innego opowiedzieć, że schowałeś się w schronie i nasłuchiwałeś odgłosu bomb, wyczekiwałeś, gdzie spadną i czy nie zgładzą całej twojej ulicy, a co innego tam być. Nie ma lekarstwa na bezsensowność wojny. Nie ma recepty na ludzką głupotę – zabijanie w imię religii czy czegokolwiek innego. Nie ma zastrzyków na nienawiść i nie ma tabletek na takie traumy. Nie ma rozwiązań, które dadzą spokój i zadowolą wszystkich.

Ismet chce być aktorem. W Tuzli on i jego przyjaciele wystawiają sztuki w odważnych aranżacjach. Chcą pić wina, palić papierosy i całować się z dziewczynami w parku, ale życie ma dla nich inny scenariusz. Mustafa jest żołnierzem. Kiedy pójdzie na front, dowódca, szaleniec, nazwie go Mięso, bo tak się woła na nowych, tych którzy za chwilę mogą zginąć, więc nie ma sensu przywiązywać się do ich prawdziwych imion. Mustafa, czyli Mięso i jego kumple, schowani za pługiem (!) pójdą zabijać w imię narodowej sprawy, ale nie wiedzą dokładnie, co to za sprawa. Ktoś w telewizji powiedział, że ważna.

Mustafa to przekleństwo Ismeta. Obaj zlewają się w jedną osobę. Być może Mustafa jest wyrzutem sumienia chłopaka, który nie chciał iść na wojnę, wolał wynieść się z kraju, zostawiając ojczyznę w potrzebie, a matkę zalaną łzami? Kto jest mądrzejszy? Ten, kto uciekł przed bezsensem wojny, czy ten, który zanurzył się w jej bezsensowności? Ten, kto dba o życie, czy ten, który wystawia je na szaleńczą próbę. Ismet i Mustafa nie różnią się aż tak bardzo – teatr absurdu może rozgrywać się scenie, ale też na froncie.

Scena pierwsza: Mustafa stoi w okopach, kiedy jeden z czetników przychodzi się poddać. Mustafa ma gorączkę, słania się na nogach i rzyga, trzyma w ręku broń, ale nie wie, czy strzelać. Nikt go nie nauczył zachowywać się w takich sytuacjach.

Scena druga: Ismet i przyjaciele trafiają do Edynburga na festiwal uliczny Fringe. Na niebie strzelają sztuczne ognie, a Bośniacy kulą się ze strachu na ziemi. Ludzie myślą, że to performance, nie zdając sobie sprawy, że ci wystraszeni przybysze odliczają w myślach, kiedy spadnie bomba.

Scena trzecia: Ismet i inni uciekają z kraju. Autokar musi zgasić światła, gdy znajduje się w rejonie działań czetników. Jeden z pasażerów wpada na pomysł, by zapalić papierosa. Jeden ognik może cię zgubić na zawsze.

Scena czwarta: Trwa bombardowanie. Rodzina gra w karty, a uciekając do schronu przenosi całe rozdanie właśnie tam i kontynuuje. Wszyscy udają, że wojny nie ma. Kto wygrywa partię, ten może zaciągnąć się papierosem.

Takich scen, odłamków właśnie, jest multum. Prcić ma gdzieś zasady opowiadania, retrospekcja nabiera u niego nowego wymiaru, wierzy w inteligencję czytelnika, ufa mu, że z odłamków poskłada sobie całość. A na koniec zobaczy przerżający obraz. Przeczytajcie, jeśli nie boicie się na niego spojrzeć. Przeczytajcie, bardzo docenicie pokój.

uwertura-3

Nie będę oszukiwał – jako kilkulatkowi dwie szpule, na które nawinięta była taśma służyły mi do… katapultowania plastikowych żołnierzyków. Po prostu podkręcało się obroty na przewijanie, a wtedy komandos w zielonym moro nie wytrzymywał szaleńczej karuzeli. Dopóki brat tego nie widział, nic mi nie groziło, ale na szczęście jego często nie było w domu. Z magnetofonu Uwertura, przedmiotu, który jasno wyznaczał granicę pomiędzy tym, kto jest dzieckiem, a kto dorosłym, puściłem sobie OMD, a potem Alphaville. A potem Depeche Mode. Żołnierzyk leżał na ziemi. Piszę o tym, bo w Sylwestra zastanawiałem się, dlaczego nasz gust muzyczny jest taki, a nie inny. Z czego się bierze? Ktoś puścił kawałek „Ona tańczy dla mnie” i powiedział, że do rana będzie miał 40 milionów odsłon w youtube. Najnowsza Rihanna ma 11. Cieszę się, że dorastałem w czasach bez odsłon w youtube.

Jacyś naukowcy (pewnie amerykańscy) przekonywali kiedyś, że puszczanie dziecku, takiemu malutkiemu, muzyki klasycznej, sprawia, że jest ono bardziej wrażliwe i inteligentne w dorosłym życiu. Nie wiem, ile jest w tym prawdy i na czym polegało badanie, natomiast bez wątpienia nikt nie kształtuje gustów muzycznych tak jak starszy brat. Słuchałem więc wszystkiego tego co on, a niebiesko-biała kaseta AGFA, przywieziona mu później przez kolegę, który pływał na Darze Pomorza, z napisem BROKEN FRAME do dziś z łatwością staje mi przed oczami. Tak, pierwsze utwory, jakie zapamiętałem w życiu to były „Master and Servant” Depechów, „Big in Japan” Alphaville, czy „The Reflex” Duran Duran. Potem, niestety, zacząłem słuchać Sandry i Modern Talking, co rodziło komiczne sytuacje – mama robiła mi śniadanie do szkoły i szła do łazienki szykować się do pracy, a ja biegłem po swojego Grundiga, by z audycji porannej bodaj radiowej Trójki nagrać „In the Army Now” Status Quo albo „Marię Magdalenę” Sandry. Chodziło o to, żeby mieć czego posłuchać po powrocie ze szkoły. Nie, nie mieliśmy odtwarzaczy MP3 (brzmię jak kombatant wojenny).

Eduard Limonow napisał książkę zatytułowaną „Księga Wód”, gdzie zawarł wszystkie wspomnienia związane z akwenami, które jakkolwiek wiązały się w ważny sposób z jego życiem – rzekami, basenami, stawami, jeziorami, morzami i oceanami. Pomyślałem, że taka „Księga Magnetofonów” otwiera w głowie niejedno wspomnienie. Grundig służył więc do porannych nagrań – robiło się to tak: przystawiało się mikrofon do głośnika i jazda! Pamiętam też komiczną sytuację: jakieś zbiegowisko rodzinne u Babci, a ja proszę wszystkich, żeby było cicho (bo mikrofon ściągał, jak to mikrofon, głosy i byłoby po nagraniu). W telewizji leci „Final Countdown” grupy Europe. Lekko ucięli końcówkę, ale okazała sztuka wpadła na taśmę.

Muzyka jest niesamowita. Kiedyś, mając lat bodaj 20, byłem na jakiejś imprezie i didżej puścił kawałek Barbry Streisand „Woman In Love” i przeszły mnie ciarki. Stało się tak dlatego, że ten kawałek był często puszczany, gdy jako przedszkolak pomieszkiwałem u Babci i Dziadka, i płynął sobie z ich radia Jubilat (czy tak jakoś). I nagle po latach piętnastu wrócił do mnie, a ja wróciłem tam. Muzyka przenosi nas do różnych chwil – tych przykrych: ballad Roxette, przy których dziewczyny odmawiały tańczenia wolnych na szkolnej dyskotece w podstawówce, czy tych pięknych: „We Are The Champions” Queen, kiedy reprezentacja ograła Norwegię 3:0 na Stadionie Narodowym.

Niewiele rzeczy zmienia się w życiu tak często jak gust muzyczny. Słuchałem niemieckiego popu, wiejskiego rocka, Gunsów, Metalliki, potem muzyki techno i house, hip hopu, ambientu, właściwie dotknąłem każdego obszaru dźwięków. Grundig, o którym wspomniałem nie służył tylko do nagrywania muzyki, ale też do nagrań bajek, jakie pisaliśmy z kolegami z klatki schodowej (tak, tak) oraz komentowania ich meczów w piłkarzyki na sprężynkach (tak, tak). Moja „Księga Magnetofonów” wiodła przez pragnienie posiadania japońskiego Sankeia, którego brat dostał na osiemnastkę i to marzenie się spełniło, bo jak go wezwała Armia, to ja się wprowadziłem do jego pokoju i mogłem słuchać do woli Listy Przebojów Trójki i głosu Niedźwiedzkiego. Wiodła przez „wieżę” Panasonix z tekturowym tyłem, która wciągała kasety i nie miała nawet odtwarzacza płyt, czego się wstydziłem. Przez „wieżę” Sony – taki duży magnetofon po prostu, ale z całkiem dobrym dźwiękiem. Przez Technicsa, którego uwielbiałem i do dziś stoi u rodziców, aż po bardzo fajnego Denona, którego mam teraz w domu, ale częściej słucham muzyki w samochodzie, bo mam tam lepszy sprzęt niż w mieszkaniu. System Rockford Fosgate to coś, co w tym aucie lubię najbardziej – dźwięk jest mocny, czysty i pozwala mi się wyłączyć zupełnie od tego, co dzieje się w warszawskich korkach.

O gustach muzycznych się nie rozmawia – to tak w nawiązaniu do początku tekstu. Jeden lubi „Majteczki w kropeczki”, drugi Schillera. Bardzo spodobało mi się to, co powiedział na temat „Ona tańczy” Krzesimir Dębski. Człowiek, który mógłby wyśmiać disco polo w materiale dla TVP stwierdził, że ważne jest, aby muzyka płynęła prosto z serca. Nawet jeśli coś możesz zagrać na czterech klawiszach. Życie każdego z nas ma odrębną ścieżkę dźwiękową i to jest kapitalne. Kiedy miałem kilka lat mój starszy sąsiad, kumpel z osiedla, zapytał mnie, jakiej słucham muzyki i powiedziałem mu, że żadnej, bo to była prawda. – Nie wiesz, co tracisz – odparł, a ja nic z tego nie rozumiałem. Miał rację, potrzebowałem trochę czasu.

Nie jest ważne, jaka uwertura brzmi nam w uszach przez całe życie. Lepiej słuchać „Ona tańczy dla mnie”, nawet 40 milionów razy, niż nie słuchać niczego.

19122012339

 

Mój kolega mówi, że psy wyczuwają złych ludzi. Coś w tym jest.

Nasz mały, śmieszny, nieporadny pies wabi się Frodo i trudno z nim przejść przez park. – Ojej, jaki on słodki! Mogę dotknąć? – pytają ludzie, jakby dotknięcie psa miało w sobie coś magicznego. – Można – odpowiadam, choć czasem mija nas jakiś podejrzany typ (narkoman? pijany bezdomny?) i wtedy trzeba się ewakuować.

– A szczepiony? – pyta jakaś baba Kasię, kiedy Frodo maszeruje z nią dziarsko przez miasto. – Tak. – To możesz dotknąć – mówi baba do dziecka i już wiesz, dlaczego tyle psów ląduje w schroniskach jako niechciane zabawki.

Frodo jest Jackiem Russellem Terrierem więc pan, nazwijmy go Zenek, w berecie, spacerujący ze swoim brązowym psiakiem już wie, że „będzie go ciężko wychować”. Wie też, że Frodo niszczy nam wszystko w domu i zjadł już każdą parę butów, chociaż nie zjadł tak naprawdę żadnej i grzecznie zostaje sam, choć ma dopiero 12 tygodni. – Nic nie rusza? Dziwne… – kręci głową pan Zenon-beret. Czyli chyba źle gdzieś napisali albo powiedzieli. Znajoma ma amstaffa i mówi, że muchy by nie skrzywdził. Wierzę. Z psami jest jak z ludźmi, nie chodzi o rasę, tylko o charakter.

Test na ludzi o złych oczach z pomocą naszego psa można zrobić w bardzo łatwy sposób, gdyż Frodo to pies, którego trudno nie polubić. Źli ludzie mijają nas i patrzą z pogardą, ale to dobrze, bo my nie chcemy się z nimi zaprzyjaźniać.

Taki mały pies wywraca życie człowieka do góry nogami, przykuwa 90 procent uwagi, zmienia plany. Ale to może być zmiana na lepsze.

Frodo budzi nas o siódmej i w sumie to nie wiem, czy dlatego, że chce gdzieś wyjść, bo kiedy patrzę na podłogę we wszystkich pokojach i w kuchni, na jego koce, dochodzę do wniosku, że raczej chodzi o zabawę – przecież już się załatwił.

Spacer o siódmej rano może być irytujący tylko początkowo. Druga myśl jest taka: ludzie jeszcze śpią, a ja robię coś pożytecznego. Dzień się wydłuża. Ostatnio załatwiłem kilka spraw, spojrzałem na zegarek – 10.30. Pewnie dopiero zwlekałbym się z łóżka – żyjąc jako freelancer w środku tygodnia ciężko pozbierać się do kupy.

Frodo uczy mnie cierpliwości. To dobrze, bo obiecałem sobie, że rok 2013 ma być rokiem cierpliwości właśnie, pracowitości, pokory, spokoju. Dotychczas najmniejsza bzdura, która zakłócała moją egzystencję sprawiała, że wybuchałem. Bywam jak tykająca bomba zegarowa. Zauważam u siebie zmiany. Ostatnio chodzę dużo bardziej wyciszony.

Cztery spacery dziennie średnio po 30 minut, cztery wejścia na piąte piętro, czy jak kto woli – poddasze, bez windy, to musi się opłacić w sensie zdrowotnym. Nie palę, więc w czasie spacerów mogę sobie zająć czymś głowę i spokojnie pomyśleć nad kolejnymi wątkami do książki „Gracz”. Właściwie baliśmy się trochę, że pies będzie tak absorbujący, iż już na nic nie wystarczy nam czasu. Wcale tak nie jest.

Czego jeszcze się dowiedziałem? Że istnieje coś takiego jak „żwacz wołowy”, który ohydnie cuchnie. Że w Polsce ktoś kto sprząta po psie jest chyba jakimś ewenementem, a inni postrzegają go za durnia, coś jak Grecy, tych spośród sąsiadów, co płacili podatki. Że jeśli ktoś jest singlem to powinien sobie kupić takiego małego szczeniaka, bo zawsze łatwiej zacząć rozmowę z obcą osobą na temat psa, niż na żaden temat. Że zwrot „uparty jak osioł” powinien jednak zostać zmieniony na „uparty jak pies”. Że pies jest najfajniejszy jak śpi, ale gdyby cały czas spał, to byłoby cholernie nudne.

Miałem w życiu dwa psy. Jednego bardzo krótko, w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Był kundlem, całym czarnym i wabił się Kleks. Mój brat dostał go na osiemnaste urodziny, ale nie miał się kto nim zajmować i rodzice wydali go jakimś dobrym ludziom, choć serce mi wtedy pękało. Podobnie było z owczarkiem niemieckim, trochę mieszanym, którego miałem w ósmej klasie. Był zbyt ostry, atakował wszystkich – od listonosza po córkę sąsiadów z dołu, demolował mieszkanie, zjadał kwiatki, tapetę i piloty od telewizorów. Nikt mi wtedy nie powiedział, że złe zachowania psa nie są jego winą, ale winą właścicieli i każdego zwierzaka można ułożyć. Też zmienił dom – na szczęście na dobry.

Frodo na pewno z nami zostanie, ponieważ tylko my decydujemy, czy tak ma być. Za jakiś czas ludzie dadzą mu spokój – nie będzie już taki słodki i mały, ale tak jak teraz będzie merdał ogonem do dobrych ludzi i lizał ich po rękach, a na złych – warczał.  Tylko zły człowiek nie jest w stanie kochać zwierząt. Może więc nawet moja durna sąsiadka nie jest zła, skoro ma psa? Głupoty ludzkiej chyba nawet te mądre zwierzaki nie wyczuwają. Poza tym, podobno, pies upodabnia się do właściciela.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jako że wśród noworocznych postanowień nie mogłem umiejscowić rzucania palenia – zrobiłem to ponad pięć lat temu, ale nie z okazji Nowego Roku, tylko z powodu kompletnego „przepalenia się” na urodzinach kumpla, postanawiam przeprowadzić rewitalizację Fabryki Liter. W napiętym harmonogramie Premier League, czyli mojej ukochanej ligi angielskiej, z którą zmagałem się w okresie Świąt i przez kolejne dni, aż do dziś, udało mi się znaleźć trochę czasu, by obejrzeć parę filmów. Jeden z nich to „The Boys Are Back” Scotta Hicksa (w roli głównej Clive Owen), czyli jak sama nazwa wskazuje: „Moi chłopcy”🙂. Film jest z 2009 roku, ale dopiero teraz wpadł w moje ręce. Świetna, ciepła historia – warto robić takie kino i warto je oglądać.

Nie jestem obiektywny w stosunku do Owena, bo uwielbiam większość jego kreacji filmowych, ale tym razem połączenie jest idealne. Owen wkomponował się w scenariusz bezbłędnie. Zawsze twierdziłem, że to aktor, który jest sto razy lepszą wersją Nicolasa Cage’a. Ten ostatni sporo potrafi oddać oczami, natomiast z czasem te oczy stały się puste, a filmy, w jakich gra – coraz to gorsze. Owen chyba bardziej starannie dobiera scenariusze. „Moi chłopcy” to produkcja australijsko-brytyjska, a z tego połączenia wyszło coś bardzo dobrego.

Joe Warr jest dziennikarzem sportowym, jednym z najlepszych w kraju. Pisze głównie o tenisie, ale także o pływaniu. Jeździ po kraju, lata po całym świecie, by relacjonować różne wydarzenia. Jest szczęśliwym ojcem i zakochanym mężczyzną. Nie zdradzam teraz fabuły, wszak tego dowiadujemy się na samym początku. Katy, żona dziennikarza, umiera na raka. Joe chce sam zaopiekować się synem, Artiem. jest to dla niego wyjątkowe wyzwanie – wcześniej ciepły dom dla dzieciaka tworzyła głównie matka. Prawdziwe problemy zaczną się dopiero, gdy Harry, kilkunastoletni syn bohatera z pierwszego małżeństwa przyleci do Australii na wakacje.

Nie jest to kino familijne, lecz starannie nakreślony portret ojca, który chce wychować dzieci po swojemu, nie bacząc na to, co myślą inni, co mu mówią i jak każą żyć. Przekonuje nas o tym już pierwsza scena filmu, w której Artie siedzi na masce jeepa, którym Joe pędzi po plaży. Dziennikarz pozwala swoim synom na wiele, ale nie widzi w tym niczego złego. Ma proste zasady – możesz walczyć na poduszki, czy rzucać balonami wypełnionymi wodą, ale nie przeklinasz, bo to świadczy o ubogim zasobie słownictwa. Uważa, że młodszy syn tylko w ten sposób może łatwiej znieść śmierć mamy. Starszy jest bardziej wycofany – nie rozumie do końca, dlaczego tata jest tak liberalny, ale największy żal ma o to, że Joe zostawił go kiedyś w Londynie.

Trójka chłopców w różnym wieku buduje dorosłe relacje w poważnym życiu. Pomyślałem, że to obraz nieco podobny do filmu „Tato”, jest w nim jednak dużo więcej uroku, ciepła (może to urok Australii?). Ten dramat tylko z pozoru wydaje się smutny, gdyż tak naprawdę pokazuje, że nawet w sytuacjach niezwykle skrajnych, gdzie emocje umiejscowione są na czarnym polu, można powalczyć o coś wartościowego, jeśli oczywiście ma się dla kogo.

Joe nie potrafi pogodzić się ze śmiercią żony, ale jednocześnie wie, że jej odejście nadało jego życiu dużo bardziej wartościowy wymiar. Zaczyna rozumieć, że dziecko jest ważniejsze od niego, od jego pracy, co rodzi czasem absurdalne sytuacje – zamiast wyjechać na zawody pływackie, pisze relacje z domu, okłamując szefa. Znam takich, co robili podobne rzeczy tylko po to, by skasować krajową dietę w wysokości 25 złotych, a więc jednak z niższych pobudek.

Przede wszystkim jest to jednak film o miłości. Bo ta miłość Joe do Katy, mimo jej śmierci, wciąż jest obecna. Tę wielką miłość najlepiej opisuje zdanie, jakie wypowiada Joe: – Mam wielu przyjaciół, z którymi mógłbym dobrze spędzać czas, ale nie mam nikogo, z kim mógłbym się nudzić…

W mojej skali od 1-6, zdecydowanie szóstka. Perfekcyjny seans.

 

 

 

 

 

 

 

 

Menda

Posted: Listopad 16, 2012 in życie

Menda wstał, bo to on, ten menda, facet, tak trochę po siódmej. Dziś ma wolne, nie zadzwonili, żeby przyszedł „na robotę”. Jeszcze dobrze nie otworzył oczu, a wygląda przez okno, co tam na podwórku. Mruży ślepia pod słońce. Drapie się po jajach i pierdzi. Śmieszy go to. Menda widzi, że sąsiad trochę źle zaparkował, więc łapie za telefon, ale sobie przypomina, że nie ma nic na karcie. Sięga więc po stacjonarny. Dzwoni na Straż Miejską i nie chce podać swoich danych, ale sąsiada podał wszystkie, zna na pamięć, numer rejestracji przeczytał z kartki, ma zapisane wszystkie w takim zeszycie. Czeka na interwencję.

To może być dobry dzień dla mendy, a przecież nawet się jeszcze nie zaczął.

Menda zakłada majty i skarpety, dżinsy, pożółkłą koszulkę, łańcuszek, średnio gruby, przejeżdża ręką po przerzedzonych włosach, na ślinę przykleja te co sterczą z lewej strony. Odpala komputer i wstawia wodę na herbatę. Pierdzi jeszcze raz, ogląda się za siebie, zdziwiony, że tak głośno. Czas na internet.

Menda śmiga po różnych forach. Dyskusja na temat najnowszego filmu Romana Polańskiego trwa akurat w sieci, ale nie chce mu się teraz nic wpisywać. Dał tylko jedną gwiazdkę. „Niech ma ten pedzio, hehe” – śmieje się i pociąga łyk herbaty. Nowe dzieło Woody’ego Allena? „Co za gówno” – menda ma takich gotowych odpowiedzi na temat sztuki wszelakiej na pęczki. Teraz tekst o sporcie. Coś o lidze. Menda nie wie, kto gra w lidze, ale wpisuje się, im więcej go w sieci, tym lepiej. „Co to za bzdury redaktożyno od siedmiu boleści, chyba wiem lepiej, a zresztą i tak nie czytam lamusie”. Zadowolony menda, zadowolony. Już ma się umyć, ale mył się przedwczoraj.

Tekst o lasach tropikalnych. „Za długie, nie czytam”. Wywiad ze znaną modelką. „Miałem cię”. O zmianach w podatkach. „Złodzieje”. W godzinę obskoczył kilka forów. Pod tekstem o kryzysie finansowym wpisał: „Hahahaha, barany, dalej bierzcie kredyty, ja zarabiam 20 tys miesięcznie i stać mnie na wszystko, a was nie”. Na portalu plotkarskim napisał, że znana aktorka, która powiększyła sobie piersi, to k…, ale mu nie opublikowali. Uderzył pięścią w klawiaturę aż zatrzeszczała. Na forum motoryzacyjnym pochwalił się nowym samochodem. „Wąchacie moje spaliny palanty, jak jadę przez Warszawę” – napisał. Nie ma auta, mieszka w Sochaczewie.

O dwunastej zadzwoniła matka, zapytała czy ma przyjść i umyć okna, ale menda chce mieć spokój jak będzie oglądał redtube’a i youporna, więc mówi, że okna są czyste. Mama każe mu zjeść kotleta, co go zostawiła pod przykrywką na górnej półce w lodówce. Menda zje.

Wrócił do internetu – wyśmiał premiera, obraził prezydenta, skomentował tekst, przedruk z New York Timesa o lasach w Kanadzie, napisał, że „spaliłby to”, nazwał znanego komentatora piłkarskiego „nieudacznikiem” i nakazał go zwolnić, wierząc święcie, że to ktoś to zrobi, napisał „wszyscy zdechniecie” na forum chorych na AIDS, w rasistowskich słowach spuentował najnowszy teledysk Rihanny, dodając do tego erotyczne zabarwienie, potem jechał dwutorowo – włączył telewizję i obrażał kolejno: prowadzącą program śniadaniowy, prowadzącego serwis ekonomiczny, prowadzącą poranne wiadomości, pogodynkę, polityka i znów pogodynkę.

Menda dzisiaj nigdzie nie idzie. Będzie cały dzień obrażał ludzi. Ooo, Straż Miejska holuje auto, a sąsiad biega wokół mundurowych i prosi, żeby nie zabierali. „No i co teraz, frajerze?” – menda myśli, że się mści, ale przypomina sobie, że sąsiad mu nic nie zrobił. Menda ma i tak satysfakcję.

Jak się trochę ściemni, menda zejdzie na dół. Kupi piwo, a wracając urwie lusterko, i weźmie gwoździa do kieszeni, to porysuje auto tej piździe z klatki narożnej, żeby nie było takie ładne. Patrzy, czy nikt nie idzie i odgina śrubokrętem drzwiczki do skrzynek pocztowych. O, rower stoi! Przecina scyzorykiem oponę.

Wieczorem menda ogląda film na Dwójce, pali papierosa i wietrzy od razu, bo jutro przyjdzie mama, z samego rana i jeszcze poczuje. Zaraz się kładzie, bo może go wezmą „na robotę”, to musi być wyspany na wszelki wypadek. Wchodzi jeszcze tylko na serwis randkowy i uzupełnia swoje dane: „Mężczyzna, zadbany, pozna panią, miłą i atrakcyjną. Cenię sobie kulturę osobistą i wspólne spacery. Lubię dobre kino i zwierzęta”. Jest zadowolony z takiego wizerunku, ale po chwili się krzywi.

Idzie do łóżka. Śni mu się, że u niego w bloku nikt nie mieszka. Na ulicach jest pusto, a on może rysować nożem wszystkie auta nawet w dzień. Śni mu się, że cały internet jest jego. Wpisuje setki, tysiące komentarzy, których nikt mu nie usuwa. Menda odpoczywa i daje odpocząć światu. Od siebie.

W kwestii mieszczenia się w średniej norm społecznych jestem chyba niezwykle przeciętnym obywatelem. Od samego państwa też nie oczekuję zbyt wiele – nic od niego nie dostałem i pewnie nie dostanę, staram się zatem, żeby chociaż ten świat wokół mnie był uporządkowany. Na wybory przestałem chodzić, bo straciłem nadzieję. Nie interesuje mnie wybieranie pomiędzy facetem, który mógłby być lektorem na płytach CD pełniących funkcję środków nasennych a jego kontrkandydatem – człowiekiem pełnym kompleksów, którego wizja świata zupełnie mi nie odpowiada. Dbam o własny ogródek, chyba tylko tak można jakoś godnie przejść przez życie w tym kraju. Są jednak małe rzeczy, na które zwracam uwagę, bo one dotyczą bezpośrednio właśnie nas, przeciętnych obywateli. Jedną z tych rzeczy jest zachowanie policji, instytucji, która bynajmniej nie bije rekordów popularności nad Wisłą. Kiedy może być lepszy moment na wylewanie żali, niż dostanie durnego mandatu o piątej nad ranem?

Nie chcę tutaj udowadniać, że cała polska policja jest zła, natomiast gdybym miał oceniać jej działalność tylko przez pryzmat własnej styczności z funkcjonariuszami prawa, to jest to ocena najgorsza z możliwych. Policja, moim skromnym zdaniem, nie spełnia w tym kraju jednej ważnej funkcji – ochrony obywatela. Policja spełnia szereg innych funkcji, podejmuje różne aktywności, które jednak z ochroną obywatela nie mają wiele wspólnego. Policja nie rozmawia, policja poucza. Przepełnionym fałszywą troską tonem, na pozór dobrotliwym, rzeczowym, w gruncie rzeczy to tylko głupia paplanina. Bo policjant nie wie, że często obywatel ma jednak wyższy iloraz inteligencji od niego i jego kolegi z radiowozu razem wziętych.

W czym rzecz? Wiele raz parkowałem na lotnisku Okęcie, tam gdzie na chwilę można się zatrzymać, by wysadzić kogoś bliskiego, kto akurat odlatuje, czy przylatuje. Taki parking na chwilę, choć z prawnego punktu widzenia trudno powiedzieć, ile to jest chwila. Wiadomo, że zostawienie tam auta na pół dnia i pójście sobie na kawę, byłoby przegięciem. Zostawiałem tam samochód bardzo często i nic z tego powodu się nie działo. Na 10 minut. Na pół godziny, czasem nawet na dłużej. Dzisiaj wszedłem do hali odlotów, poczekałem na narzeczoną aż się odprawi, nada bagaż i pójdzie do swojej bramki. Uważam, że to normalna rzecz – odprowadzić kogoś. Była piąta rano, ruch na samym lotnisku dość duży, natomiast na zewnątrz – niekoniecznie. Dwa auta na krzyż. Przy moim dwaj policjanci.

Powiedzieli, że stoję za długo, posłuchałem tego ich nudzenia, wsiadam do samochodu. Nie wolno, coś tam piszą, dukają między sobą, są oburzeni, że ja jestem oburzony, bo stałem ok. 25 minut na pustym parkingu i nie rozumiem, że to jest poważne wykroczenie. Pada, jest zimno. Facet nie może mi po prostu powiedzieć: – Proszę pana, następnym razem będzie mandat, ostrzegam pana, że nie można tak długo.
Znam siebie, już więcej i tak nie zostawiłbym tam samochodu, gdybym usłyszał takie pouczenie. Nie, on MUSI wypisać mandat. Gówno musisz, chłopie. Chcesz. Sprawia ci to przyjemność. To jedyna przyjemna chwila w twoim beznadziejnym dniu. Wypisywanie mandatu. Cieszysz się na ten szelest i masz niemal wzwód, pytając: – Czy przyjmuje pan mandat?

A co mam, kurwa, nie przyjąć? Łazić po sądach, tracić czas i starać się udowodnić całemu światu, że zostawienie auta na 25 minut na pustym parkingu nie jest żadnym przestępstwem? Nie, nie mam ochoty. Pisz ten mandat i daj mi święty spokój.

Zmierzam do tego, że polska policja nigdy nie będzie mieć szacunku obywateli. Pomijam już to, że skojarzenia przeciętnego Polaka z policyjnym mundurem są takie same, jak skojarzenia przeciętnego kibica z nazwą PZPN. Policja przemianowała się na nowe, dawno temu, z milicji, ale zostały te same obyczaje. Głupio-mądre gadanie, pewien ton, chęć poniżenia rozmówcy, oczekiwanie skruchy.

Gdzieś to już kiedyś napisałem, ale powtórzę tutaj: kiedy za granicą idę ulicą i widzę dwójkę policjantów, czuję się bezpiecznie. Tak było w Londynie, gdzie często zdarzało mi się wracać z pracy do domu bardzo późno w nocy, albo nad ranem i wtedy, na pustej ulicy czułem się niepewnie. Dopiero widząc funkcjonariuszy odzyskiwałem spokój. W Polsce jest na odwrót – przeciętny obywatel naszego kraju, daję głowę, na widok policjanta czuje niepokój. Czuje, że ten policjant zaraz go o coś oskarży, choć przecież on nic nie zrobił. Przynajmniej ja tak odbieram policję.

Może to brutalne, co teraz napiszę, ale uważam, że większość ludzi ma bardziej neutralny stosunek do przestępców. Bo żeby spotkać przestępcę, często trzeba mu wejść w drogę. Nie szukasz guza, to go raczej nie zarobisz. Policjant natomiast zawsze sam wlezie z butami do twojego życia, choćbyś starał się go unikać jak ognia. Prędzej czy później dopadnie cię ze swoim blankietem. „Obywatelu, przyjmuje pan mandat?”. Będzie cię strofował, pouczał, mądrzył się, bo właśnie jechałeś 10 km/h za szybko. Wow!

Widziałem policjantów, którzy w czasie jakiejś elektrycznej „akcji” przystankowej, gdy terroryzowano oczekujących na autobus, przechodzili na drugą stronę jezdni. Halo, panowie! A gdzie mandat? Zabrakło wam blankietów? Nie macie broni, żeby strzelić chociaż w powietrze? Aaaa, pusta kabura? Oczekuję aktywności policji w takich sytuacjach, nie tam, gdzie nie ma potrzeby. Kiedyś dwóch takich artystów chciało mi wlepić mandat, bo nie zatrzymałem się przy znaku STOP. Biegły tam tory kolejowe. Szkoda, że kilka lat wcześniej je rozebrano. Znak stał, no to mandat! Jeden poszedł sprawdzić, wrócił, „niech pan jedzie” – burknął obrażony, bo to wychodziło poza ramy jego logiki pojmowania świata. Był wyraźnie załamany, że nie może wypisać mandatu. Innym razem policja mnie zatrzymuje i każe dmuchać w alkomat. Okej, ma takie prawo. Pytam na koniec, czy to jakaś łapanka na nietrzeźwych kierowców, a ten, przepraszam, skończony baran, mówi: – A nie, jakoś tak dziwnie pan jechał…

Dziwnie jechałem? Hmmm. Że jak, kurwa, na dachu? Bokiem? Nie rozumiem. W Warszawie, na Żoliborzu, jest takie miejsce, gdzie trudno zawrócić, bo cały czas jest linia ciągła. Podwójna. I nagle pojawia się przerywana. Cieszysz się, że wreszcie możesz skręcić, szukałeś tego zakrętu, patrząc ciągle w lewo, ale z prawej strony postawiony jest znak „nakaz jazdy prosto”. Policja o tym wie, ale to dla nich wielka przewaga, wiedzą bowiem także, że szukając tej cholernej nawrotki, nie patrzysz w prawo. Siedzą w radiowozie, w tej małej uliczce, gdzie chcesz zawrócić i łapią jednego kierowcę po drugim. Tak spędzają dzień, na chwałę ojczyzny. Liczba mandatów pewnie się zgadza, kto wie, może jest nawet ponad normę, ale czy taka sama jest liczba przestępców za kratkami?