Archiwum dla Wrzesień 10, 2012

Stojąc niedawno w korku w centrum Warszawy słuchałem radiowej debaty na temat przyszłości gimnazjów i celowości utrzymywania tzw. „głupich kierunków”, jak to nazwał jeden z posłów, mając na myśli przede wszystkim każdy kierunek, który zawiera w nazwie „marketing”, czy też kończy się na „logia” (zapomniał jeszcze o kulturoznawstwie). Sprawa mocno mnie zainteresowała, ponieważ sam coś takiego kończyłem, w ogóle jestem dziwacznym tworem – dziennikarzem, po wydziale organizacji i zarządzania, ze stopniem inżyniera. Kiedy Kasia zapytała mnie ostatnio w domu „dlaczego ta środkowa żarówka tak wisi?”, odparłem, że „nie da się jej wsadzić z powrotem do środka”, co nie oznacza przecież, że na ten przedrostek „inż.” nie zapracowałem.

Do rzeczy jednak – o ile w kwestii gimnazjum ciężko mi się wypowiadać, gdyż kończyłem szkołę w starym, ośmioletnim systemie, ani ja, ani moi znajomi nie mamy dzieci, które chodziłyby już do gimnazjum, na dodatek uważam, że to reforma dla reformy – tu się skróci, tam się doda, a jak się znudzi, to wrócimy do starego – to jednak studia są dość ważne.

Jako że na co dzień obracam się w środowisku sportowym, często przewija się tutaj słowo „skaut”, czyli ktoś, kto wypatruje talentów. Pomyślałem, że taką umiejętność skauta, z zachowaniem wszelkich proporcji, rzecz jasna, powinien mieć nauczyciel i to ten, który zaczyna nas edukować w najmłodszych latach. Właśnie on powinien dostrzec iskrę, wyjątkowy dar. Albo nawet jego brak – czasem przecież zdarza się i tak, choć ja uważam, że każdy ma jakiś talent, wystarczy go wyciągnąć na światło dzienne. Skaut i psycholog – to dwie ważne cechy, bo nauczyciel musi być dobrym psychologiem, żeby zdawać sobie sprawę, komu trzeba dokręcić śrubę, a komu odpuścić.

Dobry nauczyciel nie musi skończyć z koszem na śmieci na głowie. Nonsens. Może być bardziej szanowany. Pamiętam, że na chemię zawsze chodziłem przygotowany (na tyle, na ile umiałem się przygotować), ponieważ nasza nauczycielka była wobec nas tak w porządku, że zwyczajnie wstyd było olać jej zajęcia. W liceum przekonywano mnie często, że mamy wysoki poziom, bo trudno o dobrą ocenę, a ja myślę tak: tam gdzie są same pały, tam SA słabi nauczyciele. To ich świadectwo.

Świadomość tego, że w czymś jesteś dobry ułatwia naukę. Pewnie też tak mieliście – ulubione przedmioty szły Wam gładko. Problemem są często nie szkoły, w sensie instytucji, ale właśnie nauczyciele. W swoim życiu trafiłem na wielu takich, którzy czuli się panami mojego, naszego, czyli klasy losu i powiem Wam, że nie pamiętam niczego z rzeczy, których chcieli mnie nauczyć.

Zły nauczyciel jest jak zły chirurg. Jedno kiepskie nacięcie i blizna na całe życie, tak to się kręci. Znam to z autopsji. W czasach liceum, do którego trafiłem trochę przez przypadek, nie do końca świadomy swoich życiowych wyborów jak 15-letni chłopiec, musiałem znosić zmiany nastrojów psychopaty, którego sam widok przyprawiał nas o zawroty głowy i ból żołądka. Człowiek, który nie miał nic wspólnego z byciem pedagogiem zmarnował nam lata życia. Mnie na szczęście tylko trzy, zdążyłem stamtąd uciec. Znęcał się nad nami psychicznie i czerpał z tego wielką przyjemność. Dzisiaj byłby pewnie pożywką dla tabloidów, kto wie – może trafiłby nawet na okładkę. Żałuję, że wtedy wszystko było tak łatwo ukryć.

Siedziałem ostatnio z przyjaciółmi na obiedzie i zastanawiałem się, co ja właściwie z tej matematyki pamiętam, poza strachem? Wyszło mi, że niewiele. Zadziwiające jest jednak coś innego. Żaden nauczyciel nie zauważył, że miałem od zawsze czysto humanistyczny umysł. Nikt. W podstawówce, wiadomo – język polski, matematyka, fizyka, same piątki, wszystko w jednym worku. Ale przecież wprawne oko mogło dostrzec, że w czymś jestem lepszy, a w czymś gorszy. Podpowiedzieć: słuchaj, odpuść matmę, bo to nie jest twoja przyszłość. Ona nie da ci chleba.

Spędziłem trzy lata w liceum, mówiono, że renomowanym, w którym nauczycielka języka rosyjskiego zawieszała się na lekcjach, jakby za moment miał po nią przyjechać ktoś ze szpitala psychiatrycznego, polonista próbował uczynić z języka polskiego pochodną matematyki, więc chciał ten język ubrać w jakieś ramy, wzory, ale ta jego mini reforma chyba nie wypaliła, bo zniechęcił mnie do przedmiotu, który kochałem (na przykład pytaniem z „Lalki”: jaki kolor miało sukno na biurku Rzeckiego, by sprawdzić, czy aby na pewno czytałem!)

Kiedy patrzę na moją edukację przez pryzmat minionych lat, uważam ją za dalece żałosną. Powiem więcej – sądzę, że zmarnowałem najlepsze lata swojego życia na naukę kompletnych bzdur. Wystarczyło pójść na dwa równoległe kursy językowe, a wyniósłbym z tego dużo więcej korzyści. Po prawie ukończonym mat-fizie nadal chętniej uciekałem do literatury. Po „zarządzaniu” zarządzałem głównie swoim wolnym czasem. I cały czas zastanawiałem się, w którym momencie to się spier…ło.

To prawda, sto procent racji ma ten poseł (Chmielowski), który tak brutalnie obnaża „marketing”, przy czym „marketingiem” określiłbym wszystkie beznadziejne kierunki. Szkoły produkują kretynów, na pęczki. Dzieje się tak, bo ci którzy są w czymś naprawdę uzdolnieni, zostają spychani na złe tory, odwraca się ich priorytety. Ci, którzy są mierni, mierni pewnie pozostaną.

Nie liczy się sztuczny podział na lata edukacji, ani to, jaki jest stosunek tych lat spędzonych w podstawówce do tych, które dziecko ma spędzić w gimnazjum, nie liczy się też samo to, czy utrzymają się gimnazja. Każdy system będzie miał wady i zalety. Najważniejsze jest jednak, by w pewien sposób prowadzić ludzi za rękę. Delikatnie popychać ich do dobrych wyborów, bo większość właśnie tego potrzebuje. Jeśli będą świadomi, czego chcą, żadne z nich nie pójdzie na „głupie kierunki” i wtedy nie trzeba będzie ich likwidować. Umrą same.